Po lewej

Mam czasem tak, że wychodzę na rower z myślą „nie chce mi się”. Jeśli wtedy pojadę w teren ze znajomymi to umieram. Niezależnie od formy. Za to czasem zostaję w Łodzi, mam ze sobą aparat i … bawię się

Kończy się dobrze. Zaczynam zwiedzać. Przeważnie wyznaczam sobie jakiś cel w dzielnicy której nie znam. Tak z 10km od domu by dojechać, a potem drugie tyle by wrócić. Czyli dystans z którego robi się samo jakieś 40-50 kilometrów.

Zaczynam wtedy jazdę, byle dojechać z grubsza do celu, znaleźć obiekt którego szukałem a potem zaczynam krążyć po najbliższej mu okolicy. Zaczynam szukać kolejnych ciekawostek. Robić zdjęcia, oglądać, zwiedzać. Takie drobiazgi które potem okazują się ciekawe. Które lądują na zdjęciach. Którymi się potem chwalę i co do których po godzinie od ruszenia się stamtąd … nie wiem gdzie się znajdują.

Kiedyś odwiedziłem kilka takich miejsc na Stokach i … nigdy nie udało mi się tam wrócić. Podobnie kilka miejsc na Rudzie Pabianickiej… Retkini… Starym Polesiu, Widzewie, Chojnach, a nawet w Śródmieściu. W sumie to pewnie za kilka dni jak zrobi się cieplej i przestanie być tyle mokrego syfu na ulicach to znów będę tak robił w wolnych chwilach. Przynajmniej tych gdy nie jadę akurat gdzieś hen by zdychać w trasie, a potem cieszyć się wynikiem ;-)